"Zrobiłbym coś złego" czyli lukier kryje straszne bagno



      Michał Jan Chmielewski. Facet, z którym czuję nieokreśloną, emocjonalną więź. Człowiek, który maluje słowem obrazy tak wyraźne jakby to były zdjęcia. Magik pióra, który czaruje tak rzeczywiste pejzaże, że momentami migawki które widzimy z okna własnego domu, wydają się być bardziej wyimaginowane. I robi to wszystko tak brutalnie, że drzwi naszej emocjonalnej odporności wypieprza nie z zawiasami ale wypadają one razem z framugami.

W moich wpisach nie zawsze musi być groza. Przynajmniej ta stereotypowa. Z mutantami, duchami, dzikimi dzikami, toruńską kiełbasą, zjadaniem ludzi, dojeżdżaniem ich kombajnami, rozrywaniem traktorami czy innymi „smithowymi” odpałami. Bo czasem horror wygląda zupełnie inaczej. Nawet jeśli chwilami przysłaniają go salwy szczerego śmiechu. Bo nie wszystko wygląda zawsze na horror ot tak, na pierwszy rzut oka. To tak jakby zrobić najbardziej cukierkowe zdjęcie jakie tylko udało Wam się uchwycić w życiu. Takie słodkie, sympatyczne, radosne. A później postawić je pod wentylatorem i podrzucić do góry wiadro z rzadką kupą… To niby wciąż to samo zdjęcie ale już nie jest tak cukierkowe, prawda? I właśnie tak jest u Michała w jego pozycji "Zrobiłbym coś złego".
I to jest właśnie prawdziwy horror...

Iron Maiden - "Legacy of the Beast" czyli legenda wciąż jest wielka


    

Nie przestajemy spełniać marzeń! A kolejne ziściło się kilka dni temu w sercu (tamtego dnia) Krakowa! Gdzie konkretnie? Krakowska Turon Arena grzmiała ponad dwudziestoma tysiącami hukających metalowych serc. Na scenie grzmocili Ironi!


Kiedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem Maidenów?


Lepiliśmy z kumplem kasetę na dyskotekę klasową. Konkretnie czwarta klasa podstawówki. Gnojki ze smarkami pod nosem ocierające kakao z niewidocznych wąsów. Zgrywaliśmy tam jakieś taneczne badziewia w stylu Modern Talking, Spice Girls albo cholera wie czego jeszcze. Ogólnie sprawa nie była taka prosta, bo czailiśmy się jak pedofile pod placem zabaw, z dyktafonem przytkniętym do głośnika radia i kiedy zaczynał się utwór to włączaliśmy nagrywanie. Później dopiero szła weryfikacja czy akurat ta piosenka nadaje się na dyskotekową kasetę czy nie. Czasem nawet nie trzeba było jej słuchać do końca żeby wiedzieć, że to jednak nie był złoty strzał tylko cios rzadkim kasztanem prosto w czoło. W takich sytuacjach przewijaliśmy taśmę w odpowiednie miejsce i czekaliśmy jak radio nada kolejny hit. I tacy przyczajeni siedzielibyśmy pewnie przy tym radiu dalej... Ale zupełnym przypadkiem rozpracowaliśmy, że magnetofon potrafi przegrywać z kasety na kasetę. No i wtedy fabryka ruszyła! Dwoje dziesięciolatków, którzy muzykę znali tylko z niedzielnego "Ziarna", poczuli się władcami muzycznego świata. I tak tasowaliśmy tymi kasetami, aż w nasze dłonie wpadła dziwna kaseta z jakimś potworem wychodzącym z grobu, który trzyma jakiegoś typa za gardło. Tak z perspektywy czasu myśląc, to już wtedy powinno nam dać do myślenia, że taka ilustracja jest raczej mało dyskotekowa. Ale puściliśmy jakiś utwór na chybił trafił... No i trafił na "Mother Russia". A ja zakochany zapętałem sobie ten kawałek raz za razem na swoim walkmanie. A Ironi jak niespodziewanie pojawili się w moim życiu tak trwają do dziś.


No ale to tyle wypominek, bo ja chcę Wam w kilku słowach zrecenzować jak było u Krakusów i co działo się na koncerciwie!

"Nienazwany" czyli przygody filozofa z jointem w ustach


     OK, przyznaję się! Nie będę ukrywał, że sięgając po coś, co wydane zostaje pod szyldem Phantom Books Horror, oczekuję flaków, seksu, cycków, wartkiej akcji, odmóżdżenia, keczupowej krwi, cycków, sieczki, niewymagającej rozrywki no i tego, no, eee... cycków! Nigdy nie zawodzą! Nie, nie cycki! Choć te także nie zawodzą... PBH nigdy nie zawodzi! Dostaję to co dostać oczekuję. I z pełnym przekonaniem, że zostawią mi w głowie budyń, śmiało mogę sięgać po kolejne wydawane przez nich pozycje. Ogólnie i podsumowując - nastawiam się na rozrywkę która z wysublimowaniem ma tyle wspólnego co ryba po grecku z Grecją albo kawa po turecku z Turcją. A kisiel, plucha i burdelisko jakie mam we łbie po czytaniu, zostawia mnie w stanie spełnienia jak Ron Jeremy koleżanki z planu zdjęciowego.
Podobnie było i teraz kiedy do mojej skrzynki przyjechał "Nienazwany". Znowu nastawiłem się na flaki, seks, cycki, wartką akcję, odmóżdżenie, keczupową krew, cycki, sieczkę, niewymagającą rozrywkę i jeszcze trochę cycków. I można powiedzieć, że znowu dostałem wszystko to czego oczekiwałem. Prawie. Bo nie dostałem odmóżdżenia... Bo "Nienazwany" zupełnie nie pasuje do pnia w jakim do tej pory podążało PBH i jego ideologii. "Nienazwany" jest bowiem naprawdę rewelacyjnym, nie schematycznym, świetnie napisanym, wciągającym i zaskakującym tytułem!
Powiem więcej - jak dla mnie jest to absolutnie czytelnicze (póki co) zaskoczenie roku!

"Przyczajeni" czyli co się czai przy czajniku


    Guy Newman Smith. Guy N. Smith. Smith. "Smithowe Świry". Sekta. Zbrojne ugrupowanie odklejeńców czczących swoje bóstwo. Wariaci na których się pluje, a oni wiedząc o tym i tak twierdzą że to pada deszcz. Tak, ja też do nich należę. Jestem jak najbardziej godzien miana "Smithowego Świra".
Bo nie da się ukryć, że Guy to legenda. Facet dla fanów horroru Klasy B znaczy więcej niż King (dla tych teoretycznie zaliczających się do klasy A). Gość który swoim artystycznym piórem, które napełniane jest nie atramentem a rzadkim kupskiem, zalał półki księgarskie w latach 90. Facet wyniesiony w Polsce na piedestał przez Phantom Press Horror. Gwiazda takiego formatu, że gdyby tylko PPH robił sesje jak Playboy, to plakat Guya byłby na co drugiej rozkładówce. Absolutna legenda.
Czy słusznie? Wiecie jak jest - jedni lubią cygańskie tańce, a inni jak im stopy śmierdzą. Tak czy inaczej legendarna legenda z legend.
Wśród swoich pozycji ma tytuły niewątpliwie naprawdę dobre (serio, serio, serio!!!), jak i padlinę (serio, serio, serio!!!). Ja chwyciłem za coś, co miało być krótkie. Miało być przerywnikiem pomiędzy innymi zajęciami.
Mamy dom na odludziu, teoretycznie cisza i spokój, najbliżsi sąsiedzi w cholerę daleko, okoliczni mieszkańcy zachowują się dziwnie, tajemne obrządki, kamienny krąg… I gdzieś obok tego wszystkiego tytułowi Przyczajeni.

"Gęsia skórka" czyli jak straszyć tych z mlekiem pod nosem

Jakiś czas temu napisał do mnie zaprzyjaźniony bloger. Zapytał, czy z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka nie zechciałbym skrobnąć czegoś na temat książki, którą zaczytywałem się w dzieciństwie. Pomyślałem sobie "kurde, mój blog to raczej taki średnio dziecięcy... Bo najwięcej z dziećmi w moich wpisach ma wspólnego "Wataha" Tomka Siwca i scena kiedy dziki wparowują na porodówkę... Ewentualnie "Jedyne Dziecko" Ketchuma." Ale pomysłodawca akcji chyba nie do końca takimi kryteriami kierował się, kiedy prosił mnie o jakiś wpis... Generalnie swoją propozycję argumentował tym, że fajnie byłoby zobaczyć jakieś "Dzieci z Bullerbyn" pomiędzy Ketchumami na moim blogu. No więc Stary... sorry ale nie zobaczysz;). Bo jeśli wychodzić z "kingowskiego" założenia, że "tylko martwe ryby płyną z prądem", to ja standardowo musiałem pod ten prąd pójść;). Więc nie będzie tutaj łykającego LSD aby potem rozmawiać ze zwierzętami Doktora Dollitle. Nie będzie wspomnianych dzieciaczków popierdzielających boso po polach w okolicach Bullerbyn. Nie będzie wypraw po tajemniczej wyspie wykreowanej przez Verne'a. Nie będzie też chorej wizji schizofrenika Krzysia, który ganiał pluszaki po Siedmiomilowym lasie. Będzie za to coś, na co namiętnie odkładałem swoje pierwsze pieniądze aby móc dokonać zamówienia w Świecie Ksiązki. A dziecko odkładające pieniądze na książki jest raczej niepowszechnym zjawiskiem. Dlatego kiedy brakowało już funduszy, biegałem do osiedlowej biblioteki aby móc dokonać wypożyczenia. Przypominam, że widok dziecka w bibliotece też do powszechnych nie należy.
Więc jaki to tytuł który tak bardzo polubiłem?
Przedstawiam Wam "Gęsią skórkę"!

"Ciche miejsce" czyli zakaz wstępu z popcornem i colą



     Dobrze jest czasem posłuchać odgłosu szeleszczącego popcornu. No i buzowania bąbelków pochodzących z otchłani kubka wypełnionego colą. Miło też słucha się siorbania słomką zaraz nad uchem. Szczególnie kiedy napój w środku jest już na wykończeniu. Słomka wydaje wtedy taki fantastycznie, wkurwiający odgłos. Niewątpliwie fantastycznym doznaniem jest to szczególnie, kiedy jest się na seansie w kinie. A jakiś cwany gapa ciągnie tą słomką jakby walczył o ostatni oddech.

Jako, że my lubimy czasem skoczyć sobie do kina, to pierwszą myślą jaką było kiedy opuściłem salę było "kuźwa, powinni skołować takie bydlaki żeby siedziały cichuteńko za fotelem każdego oglądającego"...

Jakie bydlaki? Ano czytajta;)!

"Upiorna uczta" czyli bardziej boli tylko jak nadepniesz na LEGO


     Myślę, że nie ma sensu powtarzać po raz kolejny jak strasznie czekam na następne tytuły od Phantom Books Horror. Moje uwielbienie do B klasy jest już Wam chyba dość znane. Sam z resztą po sobie widzę, że kiedy leci do mnie nowa pozycja od PBH, to w oczekiwaniu zaczynam się wiercić jakby mi się kłos zboża w gacie zaplątał. I tak samo było ostatnio, kiedy wyczekiwałem na najnowszy tytuł.
Czym jest "Upiorna uczta" (bo tak właśnie ochrzczone jest najnowsze dziecko PBH)? Treść od wydawcy mówi, że to "Horror ekstremalny pełen erotyki i przemocy. Tylko dla dorosłych czytelników".

- faken - pomyślałem, bo po tym wstępie nie dałem rady wykrzesać z siebie głębszej myśli.

Czytam, dotykam, oglądam, wącham (zapach niespotykany, intrygujący) i myślę sobie:

- przeczytam, już durniejszy nie będę.

I wiecie co? Byłem w błędzie. Zdurniałem jeszcze bardziej... To było mocniejsze niż wizje po butaprenowym odlocie jakiego doświadczyłem będąc dwunastolatkiem... Z resztą, czy musze mówić coś więcej jeśli tytułem pierwszego opowiadania jest "Duckfucker"...?