"Armia ciemności" czyli klatoo, verata, n... ykhm… ykhm…


      "Dobra wy prymitywne półgłówki, słuchać! Widzicie to? To jest kij, który robi BUM! Dostępny w dziale sportowym. Ma orzechową kolbę. A ja jestem Ash, z działu AGD."


Co jakiś czas prosicie o to abym napisał coś o "starych" filmach. Nie wiem czy film, którego reckę właśnie dla Was puszczam jest dla Was wystarczająco stary ale ogólnie wiem o co Wam chodzi. Pragniecie filmów z VHSów. Takie,  które maniakalnie pożyczało się z raczkujących wypożyczalni. Jako, że moja lubość do B klasy jest już znana, nie spodziewajcie się tutaj "Pretty Woman", "Dirty Dancing" (a może wolicie wirujący seks?), albo "Akademii Policyjnej". Nie! Dostaniecie same horrory w B klasie! Zadowoleni?! Nie?! No to sorki bo na nic innego i tak mnie nie namówicie;).
No to lecimy z pierwszym tytułem - "Armia ciemności"!

"Harry Potter i przeklęte dziecko" czyli kto czyta te głupoty o czarodziejach?


Co jakiś czas nachodzi mnie ochota aby odpocząć od trupa gęsto ścielącego się we wszystkim co czytam. Wtedy otrzepuję koszulkę z flaków, zdejmuję oblepione krwią gogle i odkładam piłę mechaniczną na półeczkę. Przywdziewam wtedy inteligenckie okulary (których nie posiadam), podciągam krawat pod szyję (opis działania niczym z American Psycho) i sięgam po coś co nie ryje mi garnka tak jak inne tytułu, które w teorii ryć go mają. I tym sposobem moje ręce łapią z półki coś, co traktowane jest przeze mnie w kategoriach "zaległości". Tym razem z regału zsunęła się ostatnia część Harrego Pottera o podtytule "Przeklęte dziecko".

Obejrzane w... lutym 2018



Obiecałem pisać mniej więcej na początku każdego miesiąca, takie małe podsumowanie "arcydzieł" światowej kinematografii. Od tak, aby było kilka zdań dotyczących każdego z oglądniętych filmów. Więc jeśli cykl ma trwać to czas puścić drugie rozdanie:). Ale od razu ostrzegam – nie każdy z tych filmów to istna perła;).
Jak zawsze głównie groza ale znajdzie się też coś całkiem innego. Z resztą, nie ma co zbędnie bajdurzyć, zapraszam do czytania:)!

"Egzekucja" czyli komornik zawsze puka dwa razy



Pewnego pięknego dnia zalogowałem się na „Lubimy czytać”. Czasem coś tam zarzucę. Machnę jakiś tekst, przekleję reckę z bloga albo ocenię którąś książkę. Ot, typowe zachowanie literackiego zboczka. Po załadowaniu się strony, zobaczyłem cyferkę „3” w zakładce zatytułowanej „skrzynka”. Pomyślałem, że jakiś spam albo inne badziewie mówiące „wróżka Rozalia zna Twoją przyszłość” albo „ktoś intensywnie o Tobie myśli – sprawdź kto wysyłając sms pod numer 666”. Jednak po zerknięciu w tekst wiadomości ujrzałem tam mniej więcej treść „Egzekucja” – przeczytaj”. Moja pierwsza myślą było „fuck it! Nie czytam bo pewnie to coś w stylu „The Ring”. Przeczytam i po 7 dniach wykituję…”. Ale ciekawość mnie pokonała i sięgnąłem po tytuł…

A teraz do rzeczy. Wyobrażacie sobie coś od Edka Lee, co osadzone byłoby w naszych, polskich realiach? Taki klimat odludzia, polskich wiosek, niszczejących gospodarstw na krańcu świata, wiejskich przygłupów biegających z siekierami, kanibali, wątku mistycznego, iluzorycznego spokoju aby później przypierdzielić nam chorej akcji? Jak tak to śmiało sięgajcie po "Egzekucję". A jak sobie jeszcze tego nie wyobrażacie to... sięgajcie po "Egzekucję"!

"Przejażdżka" czyli bilet tylko w jedną stronę



"To zadziwiające, pomyślał. Nie można poruszać się w tym świecie, nie raniąc kogoś. Na każdym kroku."

Mistrz. Król. Geniusz. Zawsze był najlepszy... Nawet kiedy odrobinę obniżal loty, to każda jego pozycja była przynajmniej dobra. Bo była jego.

Uwielbiałem go zanim to było modne. Zauroczyłem się nim kiedy mało kto o nim słyszał. Na piedestał ulubionych Autorów wskoczył po pierwszym przeczytanym tytule. Bo to właśnie było to. By stać się geniuszem nie była potrzebna jego śmierć...

Jack Ketchum...

Mistrz opierał swoje tytuły w znacznym stopniu na faktach. Czasem dość ogólnie, zdawkowo ale jednak inspiracją przy tworzeniu swoich powieści były często wydarzenia autentyczne. Podobnie jest też w przypadku "Przejażdżki" jego autorstwa. Inspiracja luźna ale jednak to właśnie takowa popchnęła go do poczynienia wspomnianego tytułu.

To jak, wsiadacie? Jedziemy? Na przejażdżkę?

"Jesteś dla mnie wszystkim" czyli przytulania raczej nie będzie…

„Jak se dobrze pomyśleć, to wszystkie chłopy są po jednych piniądzach. Nie umiejo kochać, jeno chcieliby dupczyć.”

Edward Lee ostro wjeżdża z buta. Bez dzień dobry, przytulania i smyrgania czytelnika po tym czy owym. Po prostu wpierdziela się jak kowboj do salonu. I znowu słowem pisanym gwałci mózgi… I nie bez znaczenia jest swoiste nawiązanie przeze mnie do „Header”.

Dom Horroru znowu zrobił robotę (debilizm stwierdzenia celowy) i po raz kolejny dowalili do pieca. Nic tylko czekać aż sypną coś kolejnego od Eda bo wychodzi im to znakomicie!

Obejrzane w... styczniu 2018


     Spróbuję odpalić taką cyklóweczkę, która pojawiać mogłaby się systematycznie co miesiąc. Ot tak, aby nadać jakiejś systematyczności wpisom. Sam fakt tego, że bajzel tu jest jak w dziecięcym pokoju, sprawia że może jakoś warto to wszystko jakoś poogarniać;). I tym sposobem pomyślałem, że spróbuję napisać jakie to arcydzieła światowej kinematografii udało mi się obejrzeć w każdym poprzednim miesiącu. Nie będę tego jakoś straszliwie rozwlekał bo grubsze recenzje chciałem zostawić na wizyty kinowe. Ale jakiegoś kilku/kilkunasto zdaniowego podsumowania nie zaszkodzi mi przecież spłodzić;). Tym bardziej, że styczeń naprawdę obfitował w sporo obejrzanych produkcji.