"Dwugłowy aligator" czyli zapraszam do terrarium w Błażejewku


Powiedzieć, że pulpa zawładnęła moim gustem literackim to nie powiedzieć nic. I bynajmniej nie mam tu na myśli pulpy pomidorowej, pulpy z mango czy ananasa (taki mądry jestem bo sprawdziłem jakie rodzaje mamy żeby nie wyjść na pulpowego ignoranta). Mam na myśli szeroko pojętą pulpę literacką. Wszelkiego rodzaju literaturę dla ludzkich podgatunków, zwyroli, wykolejeńców, świrów (nie tylko smithowych) i miłośników wszelkiej maści rzadkiej kupy. I tym sposobem, dzięki nieocenionemu Sebastianowi Sokołowskiemu, w moje łapska trafiła kolejna pozycja od Phantom Press Books. Tym razem autorstwa Roberta Cichowlasa o wdzięcznym, śpiewnie brzmiącym i niezwykle ambitnym tytule – „Dwugłowy aligator”. O ludzie… trzymajcie kalesony bo zafajdacie je na beżowo. Pulpą.

"Folk" czyli ćpuny, Bieszczady, krew, smród, fekalia i kurs gotowania


     W temacie poczynionych recenzji, które dotyczą przeczytanych przeze mnie pozycji, jestem w tak czarnej dupie i tak głębokich jej otchłaniach, że w mroczniejszych zakamarkach być się już nie da. Mam przez to mega wyrzuty sumienia. Wobec Autorów książek, którzy pewnie czasem na reckę czekają. Wobec osób które odwiedzają bloga i wypatrują kolejnych wypocin. I wobec samego siebie. Że po prostu daję strasznie dupala. Ale poważnie, czasu mam ostatnimi czasu tak mega niewiele, że sam nie wiem kiedy zlatują mi te dni.

No ale już przechodzę do rzeczy. W sensie do mięsa. Co w przypadku recenzji tego tytułu będzie bardzo adekwatnym określeniem. Bo mięso jest w znacznym stopniu tematem wiodącym.

Powiem szczerze, że zastanawiam się jak w subtelny i delikatny sposób rozpocząć ten wpis. Ot tak, żeby nikogo nie zniesmaczyć. Żeby to był tylko taki aperitif. Taka przystawka przed rozwinięciem. Taki delikatny wstęp niczym smyrnięcie fają motyla. I może zacznę od czegoś na co natrafiłem kiedyś w necie. Był to konkretnie artykuł dotyczący jakiegoś gwałtu (miało być delikatne preludium, taaa…). Nawet nie pamiętam jakiego miejsca dotyczył ale chyba Włoch. Z resztą jest to zupełnie nieistotne. Ale clue całej wypowiedzi był komentarz jakiegoś typa, który wspomniał, że zamiast jechać do Włoch to lepiej udać się w Bieszczady bo tam nie gwałcą. Że tak zapytam... A "Folk" toś ty czytoł? Bo jeśli nie, to parafrazując klasyka "Don't fuck Sherlock".

      Na warsztat wjeżdża "Folk" autorstwa Tomasza Czarnego i Marcina Piotrowskiego!

"Zrobiłbym coś złego" czyli lukier kryje straszne bagno



      Michał Jan Chmielewski. Facet, z którym czuję nieokreśloną, emocjonalną więź. Człowiek, który maluje słowem obrazy tak wyraźne jakby to były zdjęcia. Magik pióra, który czaruje tak rzeczywiste pejzaże, że momentami migawki które widzimy z okna własnego domu, wydają się być bardziej wyimaginowane. I robi to wszystko tak brutalnie, że drzwi naszej emocjonalnej odporności wypieprza nie z zawiasami ale wypadają one razem z framugami.

W moich wpisach nie zawsze musi być groza. Przynajmniej ta stereotypowa. Z mutantami, duchami, dzikimi dzikami, toruńską kiełbasą, zjadaniem ludzi, dojeżdżaniem ich kombajnami, rozrywaniem traktorami czy innymi „smithowymi” odpałami. Bo czasem horror wygląda zupełnie inaczej. Nawet jeśli chwilami przysłaniają go salwy szczerego śmiechu. Bo nie wszystko wygląda zawsze na horror ot tak, na pierwszy rzut oka. To tak jakby zrobić najbardziej cukierkowe zdjęcie jakie tylko udało Wam się uchwycić w życiu. Takie słodkie, sympatyczne, radosne. A później postawić je pod wentylatorem i podrzucić do góry wiadro z rzadką kupą… To niby wciąż to samo zdjęcie ale już nie jest tak cukierkowe, prawda? I właśnie tak jest u Michała w jego pozycji "Zrobiłbym coś złego".
I to jest właśnie prawdziwy horror...

Iron Maiden - "Legacy of the Beast" czyli legenda wciąż jest wielka


    

Nie przestajemy spełniać marzeń! A kolejne ziściło się kilka dni temu w sercu (tamtego dnia) Krakowa! Gdzie konkretnie? Krakowska Turon Arena grzmiała ponad dwudziestoma tysiącami hukających metalowych serc. Na scenie grzmocili Ironi!


Kiedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem Maidenów?


Lepiliśmy z kumplem kasetę na dyskotekę klasową. Konkretnie czwarta klasa podstawówki. Gnojki ze smarkami pod nosem ocierające kakao z niewidocznych wąsów. Zgrywaliśmy tam jakieś taneczne badziewia w stylu Modern Talking, Spice Girls albo cholera wie czego jeszcze. Ogólnie sprawa nie była taka prosta, bo czailiśmy się jak pedofile pod placem zabaw, z dyktafonem przytkniętym do głośnika radia i kiedy zaczynał się utwór to włączaliśmy nagrywanie. Później dopiero szła weryfikacja czy akurat ta piosenka nadaje się na dyskotekową kasetę czy nie. Czasem nawet nie trzeba było jej słuchać do końca żeby wiedzieć, że to jednak nie był złoty strzał tylko cios rzadkim kasztanem prosto w czoło. W takich sytuacjach przewijaliśmy taśmę w odpowiednie miejsce i czekaliśmy jak radio nada kolejny hit. I tacy przyczajeni siedzielibyśmy pewnie przy tym radiu dalej... Ale zupełnym przypadkiem rozpracowaliśmy, że magnetofon potrafi przegrywać z kasety na kasetę. No i wtedy fabryka ruszyła! Dwoje dziesięciolatków, którzy muzykę znali tylko z niedzielnego "Ziarna", poczuli się władcami muzycznego świata. I tak tasowaliśmy tymi kasetami, aż w nasze dłonie wpadła dziwna kaseta z jakimś potworem wychodzącym z grobu, który trzyma jakiegoś typa za gardło. Tak z perspektywy czasu myśląc, to już wtedy powinno nam dać do myślenia, że taka ilustracja jest raczej mało dyskotekowa. Ale puściliśmy jakiś utwór na chybił trafił... No i trafił na "Mother Russia". A ja zakochany zapętałem sobie ten kawałek raz za razem na swoim walkmanie. A Ironi jak niespodziewanie pojawili się w moim życiu tak trwają do dziś.


No ale to tyle wypominek, bo ja chcę Wam w kilku słowach zrecenzować jak było u Krakusów i co działo się na koncerciwie!

"Nienazwany" czyli przygody filozofa z jointem w ustach


     OK, przyznaję się! Nie będę ukrywał, że sięgając po coś, co wydane zostaje pod szyldem Phantom Books Horror, oczekuję flaków, seksu, cycków, wartkiej akcji, odmóżdżenia, keczupowej krwi, cycków, sieczki, niewymagającej rozrywki no i tego, no, eee... cycków! Nigdy nie zawodzą! Nie, nie cycki! Choć te także nie zawodzą... PBH nigdy nie zawodzi! Dostaję to co dostać oczekuję. I z pełnym przekonaniem, że zostawią mi w głowie budyń, śmiało mogę sięgać po kolejne wydawane przez nich pozycje. Ogólnie i podsumowując - nastawiam się na rozrywkę która z wysublimowaniem ma tyle wspólnego co ryba po grecku z Grecją albo kawa po turecku z Turcją. A kisiel, plucha i burdelisko jakie mam we łbie po czytaniu, zostawia mnie w stanie spełnienia jak Ron Jeremy koleżanki z planu zdjęciowego.
Podobnie było i teraz kiedy do mojej skrzynki przyjechał "Nienazwany". Znowu nastawiłem się na flaki, seks, cycki, wartką akcję, odmóżdżenie, keczupową krew, cycki, sieczkę, niewymagającą rozrywkę i jeszcze trochę cycków. I można powiedzieć, że znowu dostałem wszystko to czego oczekiwałem. Prawie. Bo nie dostałem odmóżdżenia... Bo "Nienazwany" zupełnie nie pasuje do pnia w jakim do tej pory podążało PBH i jego ideologii. "Nienazwany" jest bowiem naprawdę rewelacyjnym, nie schematycznym, świetnie napisanym, wciągającym i zaskakującym tytułem!
Powiem więcej - jak dla mnie jest to absolutnie czytelnicze (póki co) zaskoczenie roku!

"Przyczajeni" czyli co się czai przy czajniku


    Guy Newman Smith. Guy N. Smith. Smith. "Smithowe Świry". Sekta. Zbrojne ugrupowanie odklejeńców czczących swoje bóstwo. Wariaci na których się pluje, a oni wiedząc o tym i tak twierdzą że to pada deszcz. Tak, ja też do nich należę. Jestem jak najbardziej godzien miana "Smithowego Świra".
Bo nie da się ukryć, że Guy to legenda. Facet dla fanów horroru Klasy B znaczy więcej niż King (dla tych teoretycznie zaliczających się do klasy A). Gość który swoim artystycznym piórem, które napełniane jest nie atramentem a rzadkim kupskiem, zalał półki księgarskie w latach 90. Facet wyniesiony w Polsce na piedestał przez Phantom Press Horror. Gwiazda takiego formatu, że gdyby tylko PPH robił sesje jak Playboy, to plakat Guya byłby na co drugiej rozkładówce. Absolutna legenda.
Czy słusznie? Wiecie jak jest - jedni lubią cygańskie tańce, a inni jak im stopy śmierdzą. Tak czy inaczej legendarna legenda z legend.
Wśród swoich pozycji ma tytuły niewątpliwie naprawdę dobre (serio, serio, serio!!!), jak i padlinę (serio, serio, serio!!!). Ja chwyciłem za coś, co miało być krótkie. Miało być przerywnikiem pomiędzy innymi zajęciami.
Mamy dom na odludziu, teoretycznie cisza i spokój, najbliżsi sąsiedzi w cholerę daleko, okoliczni mieszkańcy zachowują się dziwnie, tajemne obrządki, kamienny krąg… I gdzieś obok tego wszystkiego tytułowi Przyczajeni.

"Gęsia skórka" czyli jak straszyć tych z mlekiem pod nosem

Jakiś czas temu napisał do mnie zaprzyjaźniony bloger. Zapytał, czy z okazji zbliżającego się Dnia Dziecka nie zechciałbym skrobnąć czegoś na temat książki, którą zaczytywałem się w dzieciństwie. Pomyślałem sobie "kurde, mój blog to raczej taki średnio dziecięcy... Bo najwięcej z dziećmi w moich wpisach ma wspólnego "Wataha" Tomka Siwca i scena kiedy dziki wparowują na porodówkę... Ewentualnie "Jedyne Dziecko" Ketchuma." Ale pomysłodawca akcji chyba nie do końca takimi kryteriami kierował się, kiedy prosił mnie o jakiś wpis... Generalnie swoją propozycję argumentował tym, że fajnie byłoby zobaczyć jakieś "Dzieci z Bullerbyn" pomiędzy Ketchumami na moim blogu. No więc Stary... sorry ale nie zobaczysz;). Bo jeśli wychodzić z "kingowskiego" założenia, że "tylko martwe ryby płyną z prądem", to ja standardowo musiałem pod ten prąd pójść;). Więc nie będzie tutaj łykającego LSD aby potem rozmawiać ze zwierzętami Doktora Dollitle. Nie będzie wspomnianych dzieciaczków popierdzielających boso po polach w okolicach Bullerbyn. Nie będzie wypraw po tajemniczej wyspie wykreowanej przez Verne'a. Nie będzie też chorej wizji schizofrenika Krzysia, który ganiał pluszaki po Siedmiomilowym lasie. Będzie za to coś, na co namiętnie odkładałem swoje pierwsze pieniądze aby móc dokonać zamówienia w Świecie Ksiązki. A dziecko odkładające pieniądze na książki jest raczej niepowszechnym zjawiskiem. Dlatego kiedy brakowało już funduszy, biegałem do osiedlowej biblioteki aby móc dokonać wypożyczenia. Przypominam, że widok dziecka w bibliotece też do powszechnych nie należy.
Więc jaki to tytuł który tak bardzo polubiłem?
Przedstawiam Wam "Gęsią skórkę"!

"Ciche miejsce" czyli zakaz wstępu z popcornem i colą



     Dobrze jest czasem posłuchać odgłosu szeleszczącego popcornu. No i buzowania bąbelków pochodzących z otchłani kubka wypełnionego colą. Miło też słucha się siorbania słomką zaraz nad uchem. Szczególnie kiedy napój w środku jest już na wykończeniu. Słomka wydaje wtedy taki fantastycznie, wkurwiający odgłos. Niewątpliwie fantastycznym doznaniem jest to szczególnie, kiedy jest się na seansie w kinie. A jakiś cwany gapa ciągnie tą słomką jakby walczył o ostatni oddech.

Jako, że my lubimy czasem skoczyć sobie do kina, to pierwszą myślą jaką było kiedy opuściłem salę było "kuźwa, powinni skołować takie bydlaki żeby siedziały cichuteńko za fotelem każdego oglądającego"...

Jakie bydlaki? Ano czytajta;)!

"Upiorna uczta" czyli bardziej boli tylko jak nadepniesz na LEGO


     Myślę, że nie ma sensu powtarzać po raz kolejny jak strasznie czekam na następne tytuły od Phantom Books Horror. Moje uwielbienie do B klasy jest już Wam chyba dość znane. Sam z resztą po sobie widzę, że kiedy leci do mnie nowa pozycja od PBH, to w oczekiwaniu zaczynam się wiercić jakby mi się kłos zboża w gacie zaplątał. I tak samo było ostatnio, kiedy wyczekiwałem na najnowszy tytuł.
Czym jest "Upiorna uczta" (bo tak właśnie ochrzczone jest najnowsze dziecko PBH)? Treść od wydawcy mówi, że to "Horror ekstremalny pełen erotyki i przemocy. Tylko dla dorosłych czytelników".

- faken - pomyślałem, bo po tym wstępie nie dałem rady wykrzesać z siebie głębszej myśli.

Czytam, dotykam, oglądam, wącham (zapach niespotykany, intrygujący) i myślę sobie:

- przeczytam, już durniejszy nie będę.

I wiecie co? Byłem w błędzie. Zdurniałem jeszcze bardziej... To było mocniejsze niż wizje po butaprenowym odlocie jakiego doświadczyłem będąc dwunastolatkiem... Z resztą, czy musze mówić coś więcej jeśli tytułem pierwszego opowiadania jest "Duckfucker"...?

"Armia ciemności" czyli klatoo, verata, n... ykhm… ykhm…


      "Dobra wy prymitywne półgłówki, słuchać! Widzicie to? To jest kij, który robi BUM! Dostępny w dziale sportowym. Ma orzechową kolbę. A ja jestem Ash, z działu AGD."


Co jakiś czas prosicie o to abym napisał coś o "starych" filmach. Nie wiem czy film, którego reckę właśnie dla Was puszczam jest dla Was wystarczająco stary ale ogólnie wiem o co Wam chodzi. Pragniecie filmów z VHSów. Takie,  które maniakalnie pożyczało się z raczkujących wypożyczalni. Jako, że moja lubość do B klasy jest już znana, nie spodziewajcie się tutaj "Pretty Woman", "Dirty Dancing" (a może wolicie wirujący seks?), albo "Akademii Policyjnej". Nie! Dostaniecie same horrory w B klasie! Zadowoleni?! Nie?! No to sorki bo na nic innego i tak mnie nie namówicie;).
No to lecimy z pierwszym tytułem - "Armia ciemności"!

"Harry Potter i przeklęte dziecko" czyli kto czyta te głupoty o czarodziejach?


Co jakiś czas nachodzi mnie ochota aby odpocząć od trupa gęsto ścielącego się we wszystkim co czytam. Wtedy otrzepuję koszulkę z flaków, zdejmuję oblepione krwią gogle i odkładam piłę mechaniczną na półeczkę. Przywdziewam wtedy inteligenckie okulary (których nie posiadam), podciągam krawat pod szyję (opis działania niczym z American Psycho) i sięgam po coś co nie ryje mi garnka tak jak inne tytułu, które w teorii ryć go mają. I tym sposobem moje ręce łapią z półki coś, co traktowane jest przeze mnie w kategoriach "zaległości". Tym razem z regału zsunęła się ostatnia część Harrego Pottera o podtytule "Przeklęte dziecko".

Obejrzane w... lutym 2018



Obiecałem pisać mniej więcej na początku każdego miesiąca, takie małe podsumowanie "arcydzieł" światowej kinematografii. Od tak, aby było kilka zdań dotyczących każdego z oglądniętych filmów. Więc jeśli cykl ma trwać to czas puścić drugie rozdanie:). Ale od razu ostrzegam – nie każdy z tych filmów to istna perła;).
Jak zawsze głównie groza ale znajdzie się też coś całkiem innego. Z resztą, nie ma co zbędnie bajdurzyć, zapraszam do czytania:)!

"Egzekucja" czyli komornik zawsze puka dwa razy



Pewnego pięknego dnia zalogowałem się na „Lubimy czytać”. Czasem coś tam zarzucę. Machnę jakiś tekst, przekleję reckę z bloga albo ocenię którąś książkę. Ot, typowe zachowanie literackiego zboczka. Po załadowaniu się strony, zobaczyłem cyferkę „3” w zakładce zatytułowanej „skrzynka”. Pomyślałem, że jakiś spam albo inne badziewie mówiące „wróżka Rozalia zna Twoją przyszłość” albo „ktoś intensywnie o Tobie myśli – sprawdź kto wysyłając sms pod numer 666”. Jednak po zerknięciu w tekst wiadomości ujrzałem tam mniej więcej treść „Egzekucja” – przeczytaj”. Moja pierwsza myślą było „fuck it! Nie czytam bo pewnie to coś w stylu „The Ring”. Przeczytam i po 7 dniach wykituję…”. Ale ciekawość mnie pokonała i sięgnąłem po tytuł…

A teraz do rzeczy. Wyobrażacie sobie coś od Edka Lee, co osadzone byłoby w naszych, polskich realiach? Taki klimat odludzia, polskich wiosek, niszczejących gospodarstw na krańcu świata, wiejskich przygłupów biegających z siekierami, kanibali, wątku mistycznego, iluzorycznego spokoju aby później przypierdzielić nam chorej akcji? Jak tak to śmiało sięgajcie po "Egzekucję". A jak sobie jeszcze tego nie wyobrażacie to... sięgajcie po "Egzekucję"!

"Przejażdżka" czyli bilet tylko w jedną stronę



"To zadziwiające, pomyślał. Nie można poruszać się w tym świecie, nie raniąc kogoś. Na każdym kroku."

Mistrz. Król. Geniusz. Zawsze był najlepszy... Nawet kiedy odrobinę obniżal loty, to każda jego pozycja była przynajmniej dobra. Bo była jego.

Uwielbiałem go zanim to było modne. Zauroczyłem się nim kiedy mało kto o nim słyszał. Na piedestał ulubionych Autorów wskoczył po pierwszym przeczytanym tytule. Bo to właśnie było to. By stać się geniuszem nie była potrzebna jego śmierć...

Jack Ketchum...

Mistrz opierał swoje tytuły w znacznym stopniu na faktach. Czasem dość ogólnie, zdawkowo ale jednak inspiracją przy tworzeniu swoich powieści były często wydarzenia autentyczne. Podobnie jest też w przypadku "Przejażdżki" jego autorstwa. Inspiracja luźna ale jednak to właśnie takowa popchnęła go do poczynienia wspomnianego tytułu.

To jak, wsiadacie? Jedziemy? Na przejażdżkę?

"Jesteś dla mnie wszystkim" czyli przytulania raczej nie będzie…

„Jak se dobrze pomyśleć, to wszystkie chłopy są po jednych piniądzach. Nie umiejo kochać, jeno chcieliby dupczyć.”

Edward Lee ostro wjeżdża z buta. Bez dzień dobry, przytulania i smyrgania czytelnika po tym czy owym. Po prostu wpierdziela się jak kowboj do salonu. I znowu słowem pisanym gwałci mózgi… I nie bez znaczenia jest swoiste nawiązanie przeze mnie do „Header”.

Dom Horroru znowu zrobił robotę (debilizm stwierdzenia celowy) i po raz kolejny dowalili do pieca. Nic tylko czekać aż sypną coś kolejnego od Eda bo wychodzi im to znakomicie!

Obejrzane w... styczniu 2018


     Spróbuję odpalić taką cyklóweczkę, która pojawiać mogłaby się systematycznie co miesiąc. Ot tak, aby nadać jakiejś systematyczności wpisom. Sam fakt tego, że bajzel tu jest jak w dziecięcym pokoju, sprawia że może jakoś warto to wszystko jakoś poogarniać;). I tym sposobem pomyślałem, że spróbuję napisać jakie to arcydzieła światowej kinematografii udało mi się obejrzeć w każdym poprzednim miesiącu. Nie będę tego jakoś straszliwie rozwlekał bo grubsze recenzje chciałem zostawić na wizyty kinowe. Ale jakiegoś kilku/kilkunasto zdaniowego podsumowania nie zaszkodzi mi przecież spłodzić;). Tym bardziej, że styczeń naprawdę obfitował w sporo obejrzanych produkcji.


Niemcy, wrzesień 1939 - "Narada"


     Chciałem Wam zaprezentować moją kolejną pracę. Tym razem jest to coś troszkę innego. W poprzedniej pracy można było zobaczyć obrazek wojenny, z typowym jak na działania wojenne pojazdem. Tutaj mamy coś odrobinę innego. Bo pomimo faktu, że to nadal okolice wybuchu wojny, to nie wolno zapominać że po ulicach poruszały się nie tylko czołgi, ciężarówki czy wozy pancerne. Przecież nadal istniały pojazdy cywilne. Nawet pomimo faktu, że użytkowane były przez armię. A w jednym z takich pojazdów zakochał się sam przywódca III Rzeczy. I tym właśnie sposobem, przedstawiam Wam popularny "samochód Hitlera".

"Posiadłość Szaleństwa" czyli horej guowy z Cthulhu spotkania


Jakiś czas temu zaczęły mnie jarać nowe rzeczy. Odkryłem nowe doznania. Nowe bodźce. Nowe odczucia. Doświadczyłem czegoś co do tej pory było mi raczej obce. Nie powiem, że nigdy tego nie próbowałem ale… no jakoś nie do końca mi się to podobało…

Zabawy, które tak mnie zaintrygowały, można bawić się samemu lub we dwie osoby. Można to także robić w dużo większym gronie! Mało tego, to właśnie im więcej osób tym dużo ciekawiej. Weselej, bardziej intrygująco, nietuzinkowo i nieszablonowo... Im więcej osób tym czuć większe podniecenie! Im więcej rąk do zabawy tym lepiej. Im więcej głów tym więcej pomysłów...

Domyślacie się o czym mówię? Nie, nie są to zabawy swingersów... Mówię o grach planszowych!

Troszkę temu nafazowaliśmy się aby zacząć spędzać czas w trochę inny sposób. Bo siedzieć i chlać na umór to potrafi każdy. Nam to się już prze(piło)jadło. Postanowiliśmy rzucić wyzwanie i sprawdzić jak przyjmie się na naszych towarzyskich spotkaniach trochę inna rozrywka niż nieustanne rycie bani procentowymi zabawami. Zaczęliśmy delikatnie. Pierw wyciągnęliśmy Cluedo, później jakieś Taboo. Stare nawyki jednak dały o sobie znać i musieliśmy później wyciągnąć alkochińczyka… Ale tak czy inaczej to nie sięgaliśmy z półek niczego odkrywczego i skomplikowanego. I tym sposobem krok po kroku, stwierdziliśmy że spróbujmy w to wejść głębiej. I kontynuując to szczerze powiem, że nie wiem na co trzeba by trafić aby dać się pochłonąć przez planszówki jeszcze bardziej. Bo nas "Posiadłość Szaleństwa" zassała na maksa.

"Wataha" czyli co robi dzik na zamku?


       Doszukiwanie się logiki w B klasowych powieściach ma w sobie tyle samo sensu co wycieranie dupy drugą stroną papieru toaletowego. I to jest właśnie w nich najpiękniejsze, najcudowniejsze i najbardziej niepowtarzalne. Nie miałem więc totalnie żadnych obaw, że kolejna pozycja od Phantom Books Horror będzie słaba. O nie, ona jest cudownie przesłaba! W jak najbardziej pozytywnym wydźwięku! A jej Autor Tomasz Siwiec to dla mnie pieprzony Michał Anioł słowa pisanego, Maria Skłodowska Curie pióra w jednym, wirtuoz literatury niczym Farinelli śpiewu! Więc gdyby ktoś zapytał mnie czy będę czytał nową powieść Tomka pod tytułem "Wataha", odpowiedziałbym "a czy pytasz dzika czy sra w lesie?".

"Nowy dom na Wyrębach" czyli rewizyta na Zadupiu


     Są takie rzeczy w niebie i na ziemi, o których się nie śniło waszym fizjonomom (albo fizjologom, nigdy nie mogę spamiętać). I jedną z takich właśnie rzeczy jest jak dla mnie każda kolejna pozycja wychodząca spod pióra Stefana Dardy. Dla mnie to jeden z czołowych Autorów gatunku na naszym rodzimym rynku. Nawet pomimo faktu, że nie pisze nic z B klasy (ale jeszcze nic straconego, prawda Panie Stefanie;)?). Na każdą kolejną pozycję jego autorstwa czekam niczym na koniec przerwy reklamowej w Polsacie. Tylko że tam prawdopodobnie puszczą jakąś śmierdzącą kupę, a podczas lektury Pana Stefana wiem, że będzie to genialnie spędzony czas.